Witajcie, wakacje w pełni, więc naturalnie na nic nie ma czasu. Niestety również na bloga. Ale gdy nadarzyła się okazja spotu z właścicielem ciekawego samochodu nie mogłem przejść obojętnie. I tak po kolejnych dniach jestem i opisuję sprawę.

Nie będę owijał w bawełnę, mowa o Mercedesie CL420 z roku 1996. Auto ultraluksusowe nawet patrząc na dzisiejsze standardy. Ciągle żyjąc wspomnieniami mojego ukochanego Merca nie mogłem przejść koło tego modelu obojętnie.

Model stojący na szczycie oferty Mercedesa nie znał słowa kompromis. Jednostka V8 o pojemności 4,2, taka jak w opisywanym modelu to najsłabsza i najmniejsza z dostępnych. Poza nią nabywca mógł wybrać większe V8 o pojemności 5 litrów lub koronne V12 6.0. Naturalnie o silnikach diesla nie może być mowy…

Prezentowany model to może podstawowa jednostka silnikowa, ale fabrycznie wzmocniona przez AMG – jej moc to 286 KM. Ciekawostka: w typoszeregu 140 najmocniejszy był Brabus 7.3s SEL (wersja sedan) z V12 o pojemności 7,3 litra i mocy 582 KM. Pomyślcie, to wszystko w połowie lat ‘90.

Wygląd

Klasyczne Mercedesy kocham, ale jakoś model C140 nigdy mnie nie zachwycał. Zawsze wydawał mi się zbyt amerykański. Jednak mając tego kolosa przed sobą i podziwiając jego detale przekonuję się do niego. Ma wszystkie cechy prawdziwych Mercedesów i oprócz tego niczego nie udaje. Jest mocarnym coupe o świetnych proporcjach.

Wyposażenie

Auto ma na pokładzie praktycznie wszystko. Pełna elektryka szyb, siedzeń, automatyczna skrzynia biegów o 5 przełożeniach. Brak słupka B, boczne szyby bez ramek plus automatyczne domykanie szyb po zamknięciu drzwi wraz z samym dociskaniem drzwi. Takich luksusów brak szukać w dzisiejszych autach poza tymi z górnej półki.

Auto jest przepastne, siadając z przodu możemy się dowolnie rozłożyć i na długość i na szerokość – miejsca nie brakuje w żadnym wymiarze. Nawet tylne siedzenia są dość wygodne. Oczywiście wsiadanie pozostawia nieco do życzenia, ale w końcu to GT, które stworzone zostało do tego by w idealnych warunkach przewieźć dwójkę pasażerów.

Jazda

A jak to monstrum jeździ? O dziwo dość sztywno. Wcale nie jest usypiającym krążownikiem. Od tego jest limuzyna. CL na swych 18 calowych felgach jest pewnie sztywny – wciąż wygodny, ale da się wyczuć nierówności nawierzchni. Oczywiście przyciśnięty potrafi nieźle wbić w fotel i wydobyć z siebie V-ósemkowy pomruk, ale niekuszony porusza się cichutko i dostojnie. Spalanie? Na trasie 10-12 litrów na setkę. Ale, żeby nie było tak pięknie to podczas jazdy miejskiej potrzebuje ponad 20 litrów na przybycie tego samego dystansu.

W takim aucie można się rozkoszować każdym kilometrem podróży. Właściciel korzysta z niego codziennie dojeżdżając do pracy. Jak widać można, nie trzeba kupować mikroskopijnego diesla i truć wszystkich dookoła…