Kilka dni temu mieliśmy okazję, dzięki uprzejmości wrocławskiego salonu marki Mercedes-Benz Mirosław Wróbel, testować klasę C w najnowszym wydaniu. Świeża, jeszcze dobrze niedotarta sztuka, czekała na nas w upragnione gorące majowe popołudnie.

Pierwsze wrażenie – pozytyw

Muszę przyznać, że gdy zobaczyłem oficjalne zdjęcia nowego Mercedesa klasy C byłem lekko rozczarowany. Przez pierwsze 5 sekund myślałem, że to kolejne zdjęcia aktualnej S-klasy. Psioczyłem na ambicję dizajnerów. Jednak gdy zobaczyłem ów C-klasę na żywo podczas marcowej prezentacji w salonie Mirosław Wróbel wrażenie polepszyło się.

Przyszedł czas na jazdę testową, która tylko utrzymała poprawiający się trend mojej opinii. Klasa C to dojrzały samochód, który zachęca do jazdy i obcowania z nim.

Jazda i silnik – gładko i dość dynamicznie

Testowaliśmy wersję z 2-litrowym silnikiem benzynowym turbo. 184 KM dostępne już od samego dołu powodują, że auto ochoczo wyrywa do przodu. 7-biegowy automat zmienia biegi bez większego opóźnienia, a w trybie Sport przeciąga obroty aż do ponad 6 000 obrotów na minutę nim zmieni bieg na wyższy.

W ruchu miejskim auto sprawnie się przemieszcza. Manewrowanie nie sprawia problemów, a dość mały promień skrętu skutecznie je ułatwia.

Podczas dość szybko pokonywanego łuku na jednym z autostradowych zjazdów auto dało poczuć lekką nerwowość tyłu. Spowodowane było to pewnie napędem na tył, dzięki któremu w mocniejszej wersji silnikowej bylibyśmy w stanie lekko zamieść tyłkiem nawet na suchej nawierzchni.

Jak też przystało na Mercedesa, samochód rozpieszcza nas dodatkami ułatwiającymi jazdę. Po mocniejszym wciśnięciu pedału hamulca na światłach automatycznie uruchamiana jest funkcja Hold. Naturalnie auto wyposażone było w system Start/Stop wyłączający silnik na postoju.

Prędkości autostradowe nie robią na C-klasie większego wrażenia. Sprawnie buduje prędkość, ale również ją wytraca gdy mimo trzech pasów na Autostradowej Obwodnicy Wrocławia kierowca Fiata zdecyduje się nam wyjechać na wewnętrzny pas…

Wnętrze – typowy Mercedes…

Nie ma co opisywać zbyt wiele – jechaliśmy Mercedesem i to czuć. Testowaliśmy wersję Exclusive, więc wersją najbogatszą. Jasna skóra foteli + ciemna deski rozdzielczej prezentowały się bardzo dobrze. Zastrzeżenie mieliśmy jedynie do drewnianego obicia kokpitu. Niby drewno prawdziwe, jak to w M-B, ale przez lakierowanie na wysoki połysk sprawiało wrażenie plastikowego. W egzemplarzu, który stał w salonie dało się odczuć pewnie skrzypienia…

Miejsca w pojeździe jest wystarczająco, nawet na tylnych siedzeniach. Mam prawie 190cm wzrostu i nie miałem problemu z miejscem nad głową. Bagażnik dzięki 480-litrowej pojemności jest również wystarczający.

Całą pokładową elektroniką możemy sterować poprzez touchpad lub tradycyjne dla Mercedesa pokrętło. Podczas gdy touchpad wymaga dużego przyzwyczajenia – podczas jazdy nawet go za bardzo nie dotykałem – to pokrętło całkiem sprawnie pozwala na operowanie przepastnym menu. Dostęp do najważniejszych funkcji zapewniają duże przyciski na konsoli środkowej. Podobnie się ma sterowanie klimatyzacją.

Duży ekran, który wygląda jak przyklejony tablet, wyświetla obraz w wysokiej jakości i z ładną grafiką. Nawigacja jest czytelna i sprawnie działa.

Ocena końcowa

Klasa C to najmniejszy z prawdziwych Mercedesów. Dlaczego prawdziwych spytacie. Dlatego też, że ma napęd na tylną oś i nie jest wymysłem producenta typowo “pod publikę” tak jak to się ma w przypadku CLA czy nawet kompaktowej klasy A.

Jest też prawdziwym Mercedesem gdy spojrzymy na cenę. Testowana wersja to koszt ponad 201 000 zł. Nie są to małe pieniądze, ale za nie dostajemy kompletne auto pełne komfortu i wysokiej jakości. I do tego naprawdę urodziwe.

A tuż za testowaną C-klasą na parkingu stała większa siostra. Dokładnie! S63 AMG…